NKWD zamordowało Wojciecha, podstawiając na jego miejsce sobowtóra.

Miałem tego nie robić ale zacznę od analizy astrologicznej Wojciecha Jaruzelskiego która mnie nigdy nie zawodzi i jeśli brakuje już dowodów to astrologia przychodzi z pomocna szczególnie ta wedyjska. Wiemy z faktów historycznych że Wojciech przed wojną był prymusem w szkole katolickiej. Charakter młodego Jaruzelskiego ukształtowała szkoła oraz internat u ojców marianów, gdzie spędził 6 lat. Wychowanie było surowe, wyrabiało obowiązkowość, poczucie odpowiedzialności.W młodości bliskie mu były ideały ruchu narodowego. Z pewnością cała rodzina Jaruzelskich gorliwie praktykowała. Matka do końca życia była osobą głęboko wierzącą, podobnie jak siostra. Jego szwagier pracował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kiedy matka umarła w 1966 r., pojechał na jej pogrzeb do Lublina, ale nie wszedł do kościoła, stał przed nim – dlaczego ? Są mocne dowody na to ,że matka Jaruzelskiego zapisała w testamencie ,że nie życzy sobie jak to ujęła –  aby  osoba która nie jest jej synem była na jej pogrzebie.!   Czy znacie jakiś przypadek aby własna matka na łożu śmierci nie przebaczyła synowi ? bo ja nie..

Wracając do horoskopu Wojciecha Jaruzelskiego tego,że tak powiem związanego z kościołem i głęboko wierzącego zapowiadającego się na świetnego kapłana KK. Zrobiłem osobiście wedyjski kosmogram WJ i on dokładnie potwierdza przedwojennego Wojciecha a mianowicie – wedyjska konstelacja REVATI  – księżyc w Rybach a co najciekawsze najmocniejszy ze stopni 4 stopień również w Rybach jak wiemy Ryby związane z duchowością najbardziej a rzadzi nimi planeta Jowisz władca domu 12 domu izolacji i samotności często filozofii i wiary także na 27 róznych konstelacji akurat Wojciech Jaruzelski ma REVATI konstelacje ,którą ma bardzo wielu księży  – dwa miesiące temu napisał do mnie tajemniczy ksiądz z Watykanu który poprosił o analizę astrologiczną co bardzo mnie zaskoczyło  – miał właśnie Revati lecz jego Krittika na ascendencie przełamała ciekawość. nie będę rozpisywał innych układów Rahu czyli północny węzeł księżycowej drogi życiowej Wojciecha jest w domu ezoteryki , zagadek i duchowości co kompletnie nie pasuje do Generała dyktatora. Typowo wojskowe horoskop miał kolega po fachu WJ a mianowicie Generał Czesław Kiszczak którego  konstelacja VISHAKA – Skorpiona mówi o cechach wojskowych a dokładnie opisuje dyktatora. Czy Wojciech Jaruzelski był matrioszką sobowtórem prawdziwego Wojciecha Jaruzelskiego – oceńcie sami.

Rodzina

Matka i siostra po powrocie z zesłania do Polski miały wątpliwości, co do autentyczności W. Jaruzelskiego. Rodzina była zastraszana przez UB i bała się mówić o swoich wątpliwościach.

Jak podają ich znajomi, relacje między nimi były chłodne, a spotkania rzadkie i wymuszone! Podobno matka tuż przed śmiercią wyraziła wolę, iż nie życzy sobie jego obecności na swoim pogrzebie. Ksiądz odprawiający mszę żałobną, powiernik woli matki, wyprosił Jaruzelskiego z kościoła i ten musiał stać na zewnątrz (!).

Koledzy z gimnazjum marianów na Bielanach

Wojciech był pamiętany jako polski patriota, bardzo religijny i pilny uczeń. Znał dobrze łacinę (współczesny Jaruzelski nie zna łaciny!). Unika spotkań z kolegami gimnazjalnymi. Koledzy twierdzą, że to jest inna osoba.

Jednym z kolegów gimnazjalnych Wojciecha był Zenon Komender (1923-1993), czołowy działacz PAX-u i polityk w PRL-u: w latach 1981-82 minister handlu wewnętrznego, 82-85 wicepremier, 85-89 z-ca przewodniczącego Rady Państwa, 69-89 poseł na sejm. Pomiędzy kolegami mówiło się, iż w zamian za ostentacyjne uwiarygodnienie Jaruzelskiego jako swego kolegi z gimnazjum i zachowanie milczenia, co do rodzących się wątpliwości, był przez onego wspierany w karierze politycznej.

Rówieśnik ze szkoły podstawowej – syn stajennego zatrudnionego w majątku Jaruzelskich

W dzieciństwie był bliskim kolegą Wojciecha i całe dnie spędzali razem. Po wojnie ten pan mieszkał w Szczecinie, pracował w Stoczni Odra. W swoim środowisku otwarcie wyrażał opinię, że W. Jaruzelski nie jest prawdziwym Jaruzelskim. Jako jeden z argumentów podawał, iż Wojciech w dzieciństwie miał wypadek z maszyną rolniczą i jego prawa dłoń została okaleczona na zawsze – było to wyraźnie widoczne. Obecny Jaruzelski ma obie dłonie bez żadnej blizny (?!). Poza tym twierdził, iż osobnik podający się za Wojciecha Jaruzelskiego ma zupełnie inny charakter od Wojciecha, którego on dobrze znał! W sumie – był absolutnie przekonany, iż mamy do czynienia z osobą udającą Wojciecha Jaruzelskiego.

Ten kolega Jaruzelskiego miał wizyty funkcjonariuszy UB, którzy ostrzegali go, że jeśli nie będzie milczał, to utopią go w Odrze, a jego rodzinę wymordują!

Ślepowron (herb szlachecki)

Ślepowron (Bujno, Bujny) – polski herb szlachecki z okresu panowania Piastów

  • Znani herbowni[
  • Kazimierz Pułaski
  • Ignacy Mościcki – Prezydent Polski (1926–1939)
  • Wojciech Jaruzelski – generał armii LWP, prezydent RP (1989–1990)
  • Szymon Marcin Kossakowski
  • Wincenty Krasiński
  • Kazimierz Krasiński
  • Jan Dobrogost Krasiński
  • Jan Kazimierz Krasiński
  • Zygmunt Krasiński
  • Karol Szymanowski

Etymologia Herbu

Nazwa herbu Ślepowron sugeruje, że w godle herbu powinien być ukazany wizerunek ptaka z rodziny czaplowatych – ślepowrona zwyczajnego, (występującego również i w naszej szerokości geograficznej). Tymczasem we wszystkich herbarzach w godle herbu widnieje kruk. Tę sytuację wyjaśnia Bartosz Paprocki w Gniazdo Cnoty, skąd herby Rycerstwa Polskiego swój początek mają, tym że nazwa herbu Ślepowron pochodzi od nazwy miejscowości Ślepowrony, będącej własnością rodziny Korwin-Piotrowskich, których zaś herb był połączeniem motywów z herbów małżeńskich Korwinów herbu Korwin i Piotrowskich herbu Pobóg[6]. A zatem to kruk, inaczej Korwin, z łac. – (Corvus corax) stał się ptakiem herbowym zespolonego herbu Korwin-Piotrowskich, właścicieli wsi Ślepowrony.

Według opinii niektórych heraldyków herb Ślepowron mógł powstać poprzez połączenie herbów Pobóg i Korwin, inni sugerują, że mógł wyewoluować z połączenia herbu Kruk (nieużywanego już osobno w XIX w.) z herbem Pobóg

INFORMACJE O RODZINIE JARUZELSKICH

Rodzina szlachecka herbu Ślepowron, katolicka o tradycjach patriotycznych.
Ojciec: Władysław Jaruzelski (1888–1942) walczył jako oficer w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 r., dziad brał udział w Powstaniu Styczniowym. Do 1939 r. ojciec zajmował się administrowaniem majątków ziemskich:
– w Kurowie k. Lublina (do 1925 r.),
– w Trzecinach i Rusi Starej w powiecie Wysokie Mazowieckie, woj. białostockie (od 1925 do IX 1939 r.).
Zmarł na zesłaniu w Rosji, pochowany w Bijsku, ok. 300 km na płd. wsch. od Nowosibirska.
Matka: Wanda z Zarembów Jaruzelska (1901 – 1966 r.), pochowana na cmentarzu w Lublinie przy ul. Lipowej.

Jaruzelscy mieli dwoje dzieci: Wojciecha (ur. 1923 r. w Kurowie) i córkę Teresę (ur. 1928 –? ), po mężu Starnawska; mąż Jerzy Starnawski (1922 – ?), córka Maria Starnawska (ur. 1959).

Przed wojną Wojciech Jaruzelski uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów na warszawskich Bielanach. Była to szkoła dla elity ziemiańskiej. W młodości był religijnym, oddanym idei narodowej i dobrze zapowiadającym się uczniem. Na jesieni 1939 wraz z rodziną ucieka przed okupantami na Litwę, a po aneksji tego kraju przez ZSRR w 1940 r., rodzinę Jaruzelskich zesłano na Syberię w VI/1941 r. Wojciech pracował w tajdze przy wyrębie lasów, gdzie nabawił się choroby oczu, ślepoty śnieżnej, która trwale uszkodziła mu wzrok.

W maju 1943 r. Wojciech Jaruzelski wstępuje do 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, a we wrześniu rozpoczyna naukę w szkole oficerskiej w Riazaniu. Wraz z 1 Armią Wojska Polskiego, w składzie 2 Dywizji Piechoty, odbywa szlak bojowy i kończy wojnę w okolicach Berlina. Po wojnie pozostaje w wojsku.
W marcu 1946 r. matka z córką i powracają z zesłania do Polski.

Żona Wojciecha Jaruzelskiego: Barbara Halina Jaruzelska z domu Jaskólska (ur. 1930), doktor filologii germańskiej, wykładowca w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego.

W chwili poznania swojego przyszłego męża Barbara Jaruzelska była artystką wojskowego zespołu pieśni i tańca. Ślub (cywilny) wzięli w 1960 r. w Szczecinie; Wojciech Jaruzelski był wtedy dowódcą stacjonującej tam 12 dywizji zmechanizowanej LWP. Już po ślubie ukończyła korespondencyjne liceum dla pracujących. W 1969 obroniła pracę magisterską pt. Aproksymatywne systemy nauczania niemieckiego w szkołach średnich.Córka Monika ur. w 1963 r. w Warszawie, po mężu nosi nazwisko Fedyniak.

 

Wojciech Jaruzelski (2L) m.in. z matk¹ Wand¹ Jaruzelsk¹ (Zarembiank¹) (3L) i ojcem W³adys³awem Mieczys³awem Jaruzelskim (3P).
gr
PAP/Archiwum rodzinne Wojciecha Jaruzelskiego
Data wykoania zdjêcia nieustalona.

fotografia ze starego albumu rodziny Jaruzelskich. Rok 1933. To już trzeci Wojtek Jaruzelski, tym razem z odstającymi uszami. Dalibóg! Takie uszy  są nie do podrobienia.

 

ŚWIADECTWA LUDZI Z NAJBLIŻSZEGO OTOCZENIA JARUZELSKIEGO

Rodzina

Matka i siostra po powrocie z zesłania do Polski miały wątpliwości, co do autentyczności W. Jaruzelskiego. Rodzina była zastraszana przez UB i bała się mówić o swoich wątpliwościach.

Jak podają ich znajomi, relacje między nimi były chłodne, a spotkania rzadkie i wymuszone! Podobno matka tuż przed śmiercią wyraziła wolę, iż nie życzy sobie jego obecności na swoim pogrzebie. Ksiądz odprawiający mszę żałobną, powiernik woli matki, wyprosił Jaruzelskiego z kościoła i ten musiał stać na zewnątrz (!).

Koledzy z gimnazjum marianów na Bielanach

Wojciech był pamiętany jako polski patriota, bardzo religijny i pilny uczeń. Znał dobrze łacinę (współczesny Jaruzelski nie zna łaciny!). Unika spotkań z kolegami gimnazjalnymi. Koledzy twierdzą, że to jest inna osoba.

Jednym z kolegów gimnazjalnych Wojciecha był Zenon Komender (1923-1993), czołowy działacz PAX-u i polityk w PRL-u: w latach 1981-82 minister handlu wewnętrznego, 82-85 wicepremier, 85-89 z-ca przewodniczącego Rady Państwa, 69-89 poseł na sejm. Pomiędzy kolegami mówiło się, iż w zamian za ostentacyjne uwiarygodnienie Jaruzelskiego jako swego kolegi z gimnazjum i zachowanie milczenia, co do rodzących się wątpliwości, był przez onego wspierany w karierze politycznej.

Trzeciny 1926. Wojciech Jaruzelski.
gr
PAP/Archiwum rodzinne Wojciecha Jaruzelskiego
Dokadny miesi¹c i dzieñ wydarzenia nieustalone.

 

Rówieśnik ze szkoły podstawowej – syn stajennego zatrudnionego w majątku Jaruzelskich

W dzieciństwie był bliskim kolegą Wojciecha i całe dnie spędzali razem. Po wojnie ten pan mieszkał w Szczecinie, pracował w Stoczni Odra. W swoim środowisku otwarcie wyrażał opinię, że W. Jaruzelski nie jest prawdziwym Jaruzelskim. Jako jeden z argumentów podawał, iż Wojciech w dzieciństwie miał wypadek z maszyną rolniczą i jego prawa dłoń została okaleczona na zawsze – było to wyraźnie widoczne. Obecny Jaruzelski ma obie dłonie bez żadnej blizny (?!). Poza tym twierdził, iż osobnik podający się za Wojciecha Jaruzelskiego ma zupełnie inny charakter od Wojciecha, którego on dobrze znał! W sumie – był absolutnie przekonany, iż mamy do czynienia z osobą udającą Wojciecha Jaruzelskiego.

Trzeciny około roku 1930. Wojciech Jaruzelski z ojcem Władysławem Mieczysławem Jaruzelskim.
gr
PAP/Archiwum rodzinne Wojciecha Jaruzelskiego
Dokładny miesiąc i dzień wydarzenia nieustalone.Ale spójrzcie na następne zdjęcie. Podobno te same Trzeciny. Oto nasz Wojtek z ojcem Władysławem w 1930 roku. Konia z rzędem temu, kto potwierdzi, że chłopcy na obu zdjęciach, to ta sama osoba! Oczywiście funkcjonariusze NKWD, GRU i FSB nie mogą brać udziału w tym quizie!

Ten kolega Jaruzelskiego miał wizyty funkcjonariuszy UB, którzy ostrzegali go, że jeśli nie będzie milczał, to utopią go w Odrze, a jego rodzinę wymordują!

 

Goryl Jaruzelskiego, płk Artur Gotówko

Szef wydziału WSW zajmującego się ochroną gen. W. Jaruzelskiego. Funkcję tę pełnił od 1974 do XII 1981 r.

Goryl w swoich wspomnieniach opisuje spotkania Jaruzelskiego z jego rodziną jako dziwne, zimne, wyrachowane; odnosił wrażenie, jakby Jaruzelski był zaprogramowanym robotem, bez uczuć i naturalnego ciepła jakie istnieje między członkami rodziny. Wyczuwało się jakąś nienaturalność, sztuczność tych relacji.

Piotr Jaroszewicz, b. premier PRL

Metodę matrioszek Jaroszewiczowi w głębokiej tajemnicy zdradził gen. Karol Świerczewski.

Piotr Jaroszewicz twierdził stanowczo, iż Jaruzelski jest matrioszką, i on ma pewne dowody na to. Wymieniał także inne matrioszki piastujące wysokie stanowiska w państwie (Bierut, gen. Siwicki, gen. Molczyk)! Wszystko wskazuje, iż zginął z tego właśnie powodu… za dużo wiedział … Mordercy nie tknęli żadnych cennych rzeczy, zaś splądrowali cały dom czegoś szukając… (Jaroszewicz prowadził dziennik i był w posiadaniu jakiś tajnych dokumentów dotyczących Jaruzelskiego – podobno nazywa się Margulis.).

 

CECHY CHARAKTERU

– Donosicielstwo na najbliższych współpracowników, świadczy o wyjątkowej podłości i jest obce ludziom wywodzącym się z polskich warstw ziemiańskich! Gdzież tu honor Polaka?!

– Osoba siermiężna, sztywna, stroniąca od towarzystwa, absolutny abstynent – to cechy stojące na przeciwnym biegunie cech polskiego szlachcica.

Dla matrioszki taka postawa jest wręcz niezbędna, bo przy bogatym życiu towarzyskim, wcześniej czy później wyszłyby na jaw niezrozumiałe fakty…To samo dotyczy abstynencji…przy alkoholu rozwiązują się języki…

– Wyjątkowe zainteresowanie literaturą polską – jak na wojskowego to dziwne?!

Otóż żelaznym punktem szkolenia matrioszek była dogłębna znajomość literatury danego kraju.

– Lubi się otaczać Żydami, co jest absolutnie obce mentalności Polaka! Ważne stanowiska w państwie obsadzał Żydami; najbliżsi współpracownicy i doradcy, to w większości Żydzi (m.in. Górnicki, Urban, gen. Kiszczak, gen. Staniszewski).

– Nienawidził W. Gomułkę, E. Gierka, A. Siwaka i innych komunistów-patriotów. Przeciwko takim ludziom skrycie spiskował, dążąc do ich politycznego wyeliminowania.

– Absolutnie spolegliwy Rosjanom! Z dumą daje się zapraszać do Rosji na różne uroczystości, gdzie go dekorują medalami! Przy czym stara się, aby opinia publiczna w Polsce nie była rzetelnie o tym informowana. Polak nigdy by tak nie postąpił!

Po udanym wprowadzeniu stanu wojennego, Jaruzelski pojechał w maju 1982 do Soczi,

aby złożyć Breżniewowi raport, odebrać pochwałę i nagrodę: platynowo–złoty Order Lenina,

najwyższe odznaczenie sowieckie, które mógł dostać jedynie obywatel Związku Sowieckiego.

– Jak sam wyznał: „kocha Rosjan i ich kulturę” (?!). Dziwneeee…Człowiek, którego rodzina doznała na sobie kaźni od Rosjan, pała do nich miłością? Niebywałe!

– Jadowita mściwość (typowa dla Żyda): zleceniodawca mordów na ks. Popiełuszce i Jaroszewiczach.

FAKTY KŁUJĄCE W OCZY

• Osoba pochodzenia ziemiańskiego, wywodząca się z religijnej i patriotycznej rodziny, w gimnazjum wyróżniająca się przywiązaniem do polskości… nagle przemienia się w ideowego komunistę?!, dla którego wroga polskości ideologia znaczy więcej niż interesy ojczyzny?! Robi zawrotną karierę u komunistów?! Niebywałe!

• Wyraźnie prowadzony przez Sowietów: najpierw przez gen. Popławskiego, a następnie przez marsz. Rokossowskiego?! Później też musiał mieć jakichś mocodawców, bo ciągle awansował, i to ekspresowo:

  • w wieku 30 lat pułkownik
  • w wieku 33 lat generał brygady
  • w wieku 45 lat generał broni

W Polsce było kilka zmian ekip rządowych, ale ten osobnik był jakby pod kloszem ochronnym i cały czas piął się w górę, miarowo, krok po kroku…syn polskiego ziemianina, patrioty?! Dziwne…

• W latach 1960-65 szef Głównego Zarządu Politycznego, inaczej mówiąc: przywódca wrogich sił na najważniejszym froncie antypolskim! To morderca dusz żołnierzy polskich!

• Jego stosunek do wielkiego zbrodniarza narodu polskiego.

Żyd Jakub Berman, z woli Stalina do roku 1956 faktyczny zarządca PRL-u, który ustawił na przyszłość metody walki z polskością na płaszczyźnie duchowej, intelektualnej i materialnej. Bezwzględny zbrodniarz – osobiście nadzorował MBP. Umiera w roku 1984 – w tym okresie Jaruzelski dzierży absolutną władzę w Polsce. Godzi się na pochowanie tego zbrodniarza na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach jako osobę zasłużoną dla Polski!, co więcej, pośmiertnie nadaje mu wysokie odznaczenie państwowe i bierze udział w pogrzebie!

To jest fakt o fundamentalnym znaczeniu dla zrozumienia duszy Jaruzelskiego. Ta osoba nie ma w sobie poczucia przywiązania do narodu polskiego! Jest wroga żywotnym polskim interesom!

• Oto urywek z Diariusza Jaruzelskiego na jego stronie internetowej:

(…) 1952 lub 1953 r. W. Jaruzelski kończy dwuletni Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu (WUML) na którym wykładają m.in. tak znakomici uczeni jak Bronisław Baczko (filozof, obecnie emerytowany profesor uniwersytetu w Genewie, laureat nagrody im. Księdza J.Tischnera za 2002 r.) , Zygmunt Bauman (socjolog, obecnie emerytowany profesor uniwersytetu w Leeds, laureat nagrody im. T. Adorno za 1998 r.) , Włodzimierz Brus (ekonomista, obecnie emerytowany profesor uniwersytetu oxfordzkiego), Adam Schaff (filozof, obecnie emerytowany profesor uniwersytetu warszawskiego) czy Maria Turlejska (historyk, zm. w 2004 r.)”.

Wymienieni powyżej, to szowiniści żydowscy, którzy tytuły i stanowiska zdobyli z klucza rasowego, nienawidzący i niszczący Polskę! W jego ocenie są wspaniałymi wielkimi uczonymi?! Oto jądro osobowości Jaruzelskiego!

• „Polak” prowadzący wojnę przeciwko własnemu narodowi???!!! Wprowadzenie stanu wojennego 13.12.1981 r., to nowy etap walki przeciwko narodowi polskiemu. Kilkakrotnie prosił Sowietów o interwencję zbrojną w Polsce. Osoba czująca się choć trochę Polakiem, nigdy nie podjęłaby takich działań! Robiłaby wszystko, aby doprowadzić do porozumienia między Polakami.

A oto dalsze konsekwencje tej wojny:

– Wyrzucenie za granicę świeżo ukształtowanej elity narodu

– Zgnębienie duchowe i materialne narodu

– Nieprzejednana walka z wiarą katolicką – fundamentem polskości!

– Otwarcie granic państwa na inwazję sekt, aby poprzez chaos duchowy osłabić i podzielić naród

• Jaruzelski, to taki „Polak”, który w 1985 r. na spotkaniu z Żydami w USA oskarżał „Solidarność” o antysemityzm!

• Oszustwo Okrągłego Stołu.

Negocjatorzy po obu stronach w 90% byli Żydami! Gdyby Jaruzelski był Polakiem, to ze wszystkich sił starałby się o udział elity polskiej, wcześniej pomógłby jej się wykluć i wypromowałby ją! To oczywiste dla każdego czującego się Polakiem. Niestety, mieliśmy kolejne oszustwo przeciwko Polsce, wyreżyserowane przez Jaruzelskiego!

• Jego zachowanie po 1989 r. Obojętnie przygląda się degradacji i upadkowi Polski?! Nie zabiera głosu, milczy! Czy tak postępuje Polak?!

MORAŁ

Celem tego szkicu jest uświadomienie sobie metod stosowanych przeciwko narodowi polskiemu przez naszych wrogów. Są one wyjątkowo perfidne. Musimy być czujni i bardzo krytyczni, bo inaczej zawsze będziemy ograni. Na każdym kroku trzeba nam stosować kryteria polskości, a osoby kandydujące do jakichkolwiek stanowisk w państwie i w hierarchii kościelnej muszą być wnikliwie i bez litości prześwietlone!

Między narodami trwa permanentna wojna: w czasach „pokojowych” toczy się na polach idei, kultury, nauki, gospodarki, mediów, religii,… Nasz naród został zainfekowany setkami matrioszek – agentami o wielkich możliwościach destrukcyjnych na różnych polach życia narodowego, państwowego, kościelnego… Doskonale wyszkoleni, świetnie ukryci, mający pomoc siatek agenturalnych. Walka z takim przeciwnikiem wymaga zastosowania bardzo przebiegłych działań, a ludzie w niej uczestniczący muszą się odznaczać wysoką inteligencją i znać prawdziwą historię Polski. W Polsce historia to nie pamięć tylko, to klucz do naszej przyszłości.

Typowi „patrioci idioci” zawsze są przegrani, bo naiwni i walczą z wiatrakami, a nie z faktycznym przeciwnikiem. Nie mają pojęcia, kto jest wrogiem, gdzie się znajduje i jak go rozpoznać!

* Fragment wspomnień łagierniczych prof. Barbary Skargi „Po wyzwoleniu 1944-56”, niedawno zmarłej, jednej z najbardziej wartościowych ludzi w Polsce, o współtowarzyszce więziennej, która przypadkowo przyznała się do swojej prawdziwej przeszłości:

„Hala pochodziła z Moskwy, jej rodzice zajmowali wysokie stanowiska, odniosłam wrażenie, że tato pracował w NKWD. Zachęcana przez rodzinę, studiowała POLONISTYKĘ. Po wojnie dostała kuszącą propozycję. Zostanie odpowiednio przeszkolona i pojedzie do Polski jako repatriantka (przesiedleniec z kresów wschodnich), aby tam żyć jakiś czas i pełnić odpowiednią rolę w życiu publicznym. Będzie mogła zająć wysokie stanowisko, mieć dużo pieniędzy, będzie wysyłana także zagranicę. Zamancziwoje priedłożenie (ponętna propozycja), forsa, wyjazdy, trudno o lepszą rolę (…)

Nauka odbywała się w jakimś starym pałacyku na wschodniej Ukrainie. Uczestnikom kursu nie wolno było kontaktować z kimkolwiek. Nie wolno było odezwać się w innym języku niż polskim. Uczono ich nie tylko języka polskiego i literatury. Halka studiowała plan przedwojennej Warszawy (bardzo różniący się od powojennej), nazwy ulic, kawiarni, nazwiska nie istniejących już sklepikarzy wokół rzekomego jej domu (stancji). (Z wszystkich prawdziwych warszawiaków NKWD dokładnie wyciskało wszelkie możliwe szczegóły, np. o jakości ciastek i kawy w danym lokalu, jaki krawiec był modny w danym sezonie, itp. Np. wspomnienia Gleichgewichta).Uczono ją tańczyć mazura i kujawiaka, wiedziano bowiem, że żaden polski bal nie mógł się bez tego obejść. Dawano nawet dziecinne polskie książki do czytania. Bardzo podobała się Makuszyńskiego „O dwóch takich, co ukradli księżyc”.

Była to edukacja dość gruntowna, ale pełna luk, której przyświecało dziwne wyobrażenie o Polakach”.

Mamy tu do czynienia z opisem dość lekkomyślnej i niezdolnej agentki, przez co zresztą znalazła się w syberyjskim łagrze. Na pewno byli lepsi. Znacznie lepsi. Wyselekcjonowani z setek tysięcy dzieci zapełniających sierotdomy, które po czystkach lat 30-tych i hekatombie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej były pełne potomków inteligenckich rodzin. Szkoły janczarów to nie jest radziecki wynalazek.

Opowieści o tzw. matrioszkach można by uznać za fantastykę, gdyby nie potwierdzali ich czołowi politycy PRL.

Zimny lutowy dzień 1947 r. Przed wejściem do Hotelu Francuskiego w Krakowie, gdzie przebywał prezydent Bolesław Bierut, pojawił się nagle mężczyzna w mundurze oficera NKWD. Polscy wartownicy nie zatrzymywali go. Czapka z budzącym grozę malinowym otokiem, pewna mina i dziarski krok gościa spowodowały, że tylko zasalutowali i przepuścili oficera.

Znalazłszy się w obszernym hallu eleganckiego hotelu, mężczyzna czujnie, choć dyskretnie, rozejrzał się dookoła. Na parterze kręciło się sporo osób – urzędnicy, wojskowi, faceci wyglądający na ubeków. Szykowali się do kolejnego dnia pracy w otoczeniu świeżo wybranego przywódcy.

Nagle u szczytu szerokich schodów prowadzących na piętro zrobił się jakiś ruch, dało się słyszeć gwar rozmów. Na dół schodziła grupa osób w garniturach, otaczając zaczesanego do tyłu mężczyznę z wąsem. „To chyba on” – pomyślał człowiek w mundurze NKWD. Starając się przybrać obojętny wyraz twarzy, ruszył powoli w stronę schodów. Gdy znalazł się o parę metrów od grupy oficjeli, nie miał już żadnych wątpliwości, że stoi przed nim właściwy cel. „Teraz!” – wydał sobie w myśli rozkaz. Gwałtownym ruchem wyciągnął z kieszeni pistolet. Ktoś wrzasnął i ochroniarze sięgnęli do kabur, ale było za późno. Gruchnęły strzały i kilkakrotnie trafiony mężczyzna z wąsem runął na podłogę. Zaraz potem padł i zamachowiec, przeszyty pociskami ochroniarzy. Wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund.

Ktoś dopadł do ciała ofiary ataku i po chwili hotel obiegła szokująca wiadomość: „Bierut nie żyje… Zabity w zamachu!”.

SAMOTNI NAJLEPSZYM CELEM

Zabić kogoś ważnego, ukryć ciało, a na jego miejsce podstawić świetnie wyszkolonego sobowtóra – to niebywała gratka dla każdego wywiadu. Oczywiście jest to piekielnie trudna sztuka, najczęściej w ogóle niewykonalna. Pokusić się o nią mogli tylko prawdziwi mistrzowie tajnych służb.„Bolszewicy zaczęli próby z tego typu agenturą wkrótce po zdobyciu władzy w Rosji w 1917 r. – mówi „Focusowi Historia” historyk dr Lech Kowalski. – Agentów-dublerów używano podczas walki z rosyjską emigracją antybolszewicką. Potem próbowano ich też wykorzystywać m.in. w walce z II Rzecząpospolitą, o czym świadczą archiwa przedwojennego polskiego kontrwywiadu” – dodaje.

Agentów tych nazywano matrioszkami od znanej rosyjskiej zabawki: kolorowej drewnianej baby, która mieści w sobie kilka mniejszych. W czasie walki z Białymi wywiad radziecki wyszukiwał ludzi łudząco podobnych do działaczy organizacji emigranckich. Odpowiednio wyszkolony sobowtór jechał potem na Zachód i czekał na likwidację „swojego” emigranta. Najlepszymi celami byli ludzie samotni, gdyż członkowie rodziny mogliby łatwo wykryć, że „mąż” czy „tatuś” jest fałszywy. Ofiary znikały, a ich miejsce zajmowali dublerzy – większe matrioszki połykały mniejsze. Poznawszy możliwości matrioszek, Stalin podobno zaczął się obawiać w latach 30., że ta diaboliczna metoda może być kiedyś użyta przeciw niemu. Odbiciem tego był popularny dowcip. Beria wpada do gabinetu wodza: – Towarzyszu Stalin, odkryliśmy, że w Soczi mieszka człowiek dokładnie taki sam jak wy! Te same rysy, włosy, fryzura, wąsy…– Rozstrzelać! – krzyczy Stalin.– Eee… a może wystarczy ogolić?

Zyskawszy pierwsze cenne doświadczenia, metodę można było twórczo rozwijać. Szczególnie po II wojnie światowej. Spowodowane walkami przemieszczenie ogromnych mas ludności, rozerwanie kontaktów pomiędzy krewnymi, ogólny chaos – wszystko to ułatwiało zadanie.

KSIĘŻA SZKOLĄ NA POLAKÓW

Pod koniec wojny polski komunistyczny generał Karol Świerczewski był w bliskiej komitywie z gen. Gieorgijem Siergiejewiczem Żukowem z NKWD (nie mylić ze słynnym marszałkiem). Pewnego wieczoru popijali razem wódkę i podchmielony Rosjanin uchylił „Walterowi” rąbka tajemnicy na temat swej kariery w radzieckiej bezpiece. Fakty były porażające. Żukow pracował początkowo jako major NKWD „na polskim odcinku”. Od 23 września 1941 r. zaczął pełnić funkcję łącznika z dowództwem przebywającej na terytorium ZSRR armii gen. Władysława Andersa. Oficjalnie Związek Radziecki i Polska były sojusznikami, a Stalin czynił kurtuazyjne gesty pod adresem polskiego dowódcy.

Gdy podczas radziecko-polskich rozmów Ławrientij Beria przedstawił Żukowa jako majora, Stalin natychmiast mu przerwał. „Nie major, a generał ma-jor! Nie może major pracować z generałem polskiej armii” – powiedział.

Awansowany w ten sposób Gieorgij Siergiejewicz gorliwie przystąpił do wykonywania swych zadań. Najważniejszym z nich była zaś… inwigilacja polskiego sojusznika za pomocą agentów-sobowtórów. Kandydatów na matrioszki dla armii Andersa szukano głównie wśród młodych ludzi pochodzących z polskich rodzin mieszkających w Rosji. Często byli to wychowankowie radzieckich domów dziecka, przepojeni komunistyczną ideologią. Wybrani kandydaci przechodzili intensywne szkolenie na „prawdziwych Polaków”. NKWD miało w obozie szkoleniowym między innymi dwóch polskich księży katolickich, którzy tłumaczyli adeptom niuanse katolicyzmu.

Na początku 1942 r. Stalin wyraził wstępną zgodę na wyprowadzenie armii Andersa do Iranu. Mniej więcej w tym okresie do willi dyktatora został wezwany nocą Żukow. „No i jak tam wasze polskie matrioszki?” – zapytał przywódca ZSRR. Generał odpowiedział, że dublerzy są gotowi do akcji.

Żukow wyznał Świerczewskiemu, że do armii Andersa wprowadził cztery matrioszki. Tego, co stało się z „autentykami”, nie ujawnił. Najpewniej zostali po prostu zabici. Do listopada 1942 r. prawie 80 tys. żołnierzy polskich przekroczyło granicę irańską. Anders nie miał pojęcia, że zabiera ze sobą czterech sobowtórów – agentów NKWD.

Czy któraś z matrioszek wzbudziła podejrzenia Polaków? Być może. W ekstremalnie ciężkich warunkach, w jakich żyli wtedy andersowcy, różnice w zachowaniu składano jednak często na karb napięcia nerwowego, wyczerpania, zaburzeń psychicznych. Jeśli agent na czymś wpadł, mógł go uratować komentarz wyrozumiałego kolegi, typu: „Mieciu gada bzdury? No tak, on już chyba wariuje od tego wszystkiego”.

W każdym razie agenci ulokowani u Andersa nie zostali zdemaskowani. Przetrwali wojnę i służyli Moskwie jeszcze po 1945 r., zapewne działając w środowiskach polskiej emigracji na Zachodzie. Ich tożsamość nigdy nie została ujawniona.

PORA NA KOMUNISTÓW

Oprócz podporządkowanej rządowi RP w Londynie armii Andersa gen. Żukow zajmował się też inną grupą Polaków – komunistami. Stalin był w stosunku do polskich towarzyszy szczególnie nieufny, podejrzewając ich o zbytnią niezależność. W 1938 r. dokonał masakry Komunistycznej Partii Polski – z jego rozkazu wymordowano około 5 tys. członków KPP. Dyktator chciał, żeby odnowiony polski ruch komunistyczny był mu całkowicie uległy. Przed Żukowem i jego fabryką matrioszek otworzyło się nowe pole do popisu.

1 marca 1943 r. z inicjatywy Stalina powstał Związek Patriotów Polskich (ZPP). Pod jego egidą w Sielcach nad Oką zaczęto formować dywizję piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Dla niektórych działaczy ZPP i wojskowych dowódców udało się znaleźć sobowtóry. Stalin zalecił jednak Żukowowi, by polskich matrioszek nie używano do doraźnych celów agenturalnych. Miały siedzieć cicho i czekać, aż będą potrzebne w jakichś szczególnie ważnych momentach. Radziecki tyran zabezpieczał się na przyszłość. Jeśli komuniści znad Wisły zaczną wierzgać, uruchomi się ukrytą broń w postaci matrioszek.

Ulokowanie sobowtórów w ZPP i wojsku Berlinga po-szło łatwiej niż w nieprzyjaznej armii Andersa. Agenci nic nie wiedzieli o sobie nawzajem. Każdego z nich przekonywano, że jest jedynym, którego wybrano do tak niezwykłej operacji. Oczywiście mogli się jednak domyślać, że to nieprawda.

Żukow powiedział, że wprowadził cztery matrioszki do sił Berlinga, a dwie kolejne – do Polskiej Partii Robotniczej, założonej 5 stycznia 1942 r. pod okupacją niemiecką. Najprawdopodobniej jednak sobowtóry Żukowa nie były jedyną grupą dublerów w polskich strukturach komunistycznych.

„Z akt dowództwa Wojskowej Służby Wewnętrznej wynika, że do wojska Berlinga wciśnięto wówczas ok. 50 osób z fałszywymi życiorysami – mówi dr Kowalski. – Nie wiadomo, ilu z nich to były sensu stricto matrioszki. Ludzie ci rozpłynęli się po ludowym wojsku, obstawiając głównie pion informacji wojskowej, kwatermistrzostwa, służb medycznych oraz polityczny. Niewykluczone, że w późniejszych czasach wstawiano do armii kolejnych osobników tego typu i ich liczba w polskim wojsku rosła”.

Sobowtóry były potrzebne NKWD nie tylko w armii, ale też na innych odcinkach. O jednej z kandydatek na polską matrioszkę z powojennych już czasów wspominała znana filozof prof. Barbara Skarga, w latach 1944–1955 przebywająca w ZSRR. Jej znajoma, niejaka Hala, dostała propozycję od NKWD: zostanie odpowiednio przeszkolona i pojedzie do Polski jako repatriantka. Dziewczyna zgodziła się i zaczęła szkolenie w jakimś odizolowanym od świata pałacyku na wschodniej Ukrainie. „Studiowała plan przedwojennej Warszawy, nazwy ulic, kawiarni, nazwiska nieistniejących już sklepikarzy wokół jej rzekomego domu. Dawano jej nawet dziecinne polskie książki do czytania” – pisała prof. Skarga w swych wspomnieniach „Po wyzwoleniu 1944–1956”.

ŚLEDZTWO „WALTERA”

Wyciągnąwszy od podpitego Żukowa jego tajemnicę, gen. Świerczewski podjął próby wykrycia, kto na polskich szczytach władzy jest matrioszką. W 1946 r. „Walter” pełnił funkcję wiceministra obrony narodowej, a razem z nim pracował, również na stanowisku wiceministra, gen. Piotr Jaroszewicz. Byli ze sobą w dobrych układach i podczas jednej z rozmów Świerczewski opowiedział koledze, czego dowiedział się od Żukowa. Razem postanowili, że podejmą dyskretne śledztwo w tej sprawie.

Po jakimś czasie „Walter” zakomunikował Jaroszewiczowi, że podejrzewa dwóch osobników. Jeden był aparatczykiem partyjnym, drugi – oficerem w wojsku. Świerczewski zwrócił uwagę na wojskowego, gdyż bardzo często w charakterystyczny sposób szorował ręce. Był to nawyk, po którym łatwo dało się rozpoznać wychowanków radzieckich domów dziecka, stawiających duży nacisk na higienę. Tymczasem w oficjalnym życiorysie oficera „Walter” przeczytał, że mężczyzna żył przed wojną w Polsce, a do ZSRR trafił dopiero po 17 września 1939 r.

Świerczewski długo nie poprowadził swego sekretnego dochodzenia. 28 marca 1947 r. podczas inspekcji oddziałów w Bieszczadach wpadł w zasadzkę Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wywiązała się walka upowców z żołnierzami i generał został trafiony w brzuch i w plecy. Wkrótce potem skonał.

Śledztwo w sprawie zasadzki pod Baligrodem wykazało liczne zaniedbania w armii, które ułatwiły UPA dokonanie ataku. Jaroszewicz był jednak przekonany, że śmierć „Waltera” miała związek z jego zainteresowaniem sprawą matrioszek. Agent ulokowany we władzach partyjnych zorientował się ponoć, że generał szpera w jego papierach i wypytuje o przeszłość. Mógł poinformować o tym centralę w Moskwie, a ta zleciła zabójstwo Świerczewskiego. W tym okresie oddziały UPA były już mocno zinfiltrowane przez radziecką agenturę. Agenci radzieccy w polskim wojsku mieliby więc… wystawić „Waltera” upowcom sterowanym przez swoich kolegów!

Brzmi to niewiarygodnie, wręcz fantastycznie. Z drugiej strony jednak teorię tę wygłosił poważny polityk, premier PRL w latach 1970–1980. Bo właśnie takie kulisy zamachu pod Baligrodem przedstawił Jaroszewicz dziennikarzowi Bohdanowi Rolińskiemu. „Kiedy dowiedziałem się, że [Świerczewski] jechał właściwie bez eskorty, która dziwnym zbiegiem okoliczności została z tyłu, nie miałem wątpliwości, co się stało i kto wycelował w Waltera” – stwierdził były premier, cytowany przez Rolińskiego w książce „Za co ich zabili”.

DWÓCH TOMASZÓW

Po śmierci Świerczewskiego Jaroszewicza opanował strach o własne bezpieczeństwo. Swoje dochodzenie kontynuował więc bardzo dyskretnie. Stwierdził wkrótce, że matrioszką może być Józef Światło, wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Według oficjalnego życiorysu Światło przyszedł na świat w 1915 r. jako Izaak Fleischfarb. Przed wojną działał w Polsce najpierw w ruchu syjonistycznym, a potem przeszedł do komunistów. Gdy wybuchła wojna, znalazł się na terenie ZSRR, został aresztowany i wywieziony w głąb Rosji. Po wypuszczeniu na wolność wstąpił do armii Berlinga, gdzie jako przedwojenny polski komunista zaczął szybko awansować. Jaroszewicz dowiedział się, że w MBP prowadzono w sprawie Światły wewnętrzne dochodzenie. Wykazało, że mocno kręci na temat swojej młodości w Polsce. Nie znał np. podstawowych informacji o organizacji syjonistycznej, której miał być członkiem. Ostatecznie jednak w sprawę włączył się radziecki doradca w ministerstwie, sugerując, żeby dać Światle spokój. Oczywiście Polacy zastosowali się do tej „rady”.

Czy zatem Światło był rzeczywiście Izaakiem Fleischfarbem? A może prawdziwy został zlikwidowany w Rosji przez NKWD, zaś na jego miejsce podstawiono matrioszkę, którą skierowano do wojska Berlinga? Tę tajemnicę – a również i wiele innych – Światło za-brał ze sobą do Berlina Zachodniego, dokąd uciekł w 1953 r.

Obawiał się zapewne, że po aresztowaniu Berii wkrótce po-lecą kolejne głowy stalinowskich bezpieczniaków, w tym jego samego. Wolał więc czmychnąć do Amerykanów i sprzedać im swoją niezwykle cenną wiedzę, być może również i tę o matrioszkach.

Ówczesnych oficjeli partyjnych, w tym Jaroszewicza, najbardziej intrygowała jednak inna osoba – sam przywódca Polski Ludowej Bolesław Bierut. To, że towarzysz „Tomasz” był agentem NKWD, historycy już udowodnili. Otwarte pozostaje jednak pytanie: czy prezydentów Bierutów było… dwóch? Tak utrzymywał m.in. Wiktor Grosz, generał Ludowego Wojska Polskiego, a później dyplomata. W prywatnych rozmowach z przyjaciółmi z partii przekonywał, że w ZSRR poznał sobowtóra Bieruta w okresie, gdy ten jeszcze nie zastępował polskiego komunisty. W tym czasie – jak twierdził Grosz – prawdziwy Bierut przebywał w zupełnie innym miejscu. Ta sytuacja bardzo zaintrygowała generała, choć nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że może chodzić o przygotowywanie „Tomaszowi” dublera. O tym, że prezydent jest matrioszką, szeptali w kuluarach władzy również m.in. Edward Ochab i Hilary Minc.

Bierut, przed wojną działacz KPP, w październiku 1939 r. uciekł na terytorium polskie zajęte przez Armię Czerwoną. Gdy Rosjanie zaczęli przygotowywać się do osadzenia w Polsce posłusznego sobie reżimu, Bierutowi wyznaczono jedną z najważniejszych ról. Według Grosza NKWD zabezpieczyła się jednak dodatkowo, przygotowując sobowtóra przyszłego prezydenta. W tym przypadku postąpiono jednak nieco inaczej – prawdziwy Bierut, zagorzały stalinista, nie został zlikwidowany. Sobowtóra odpowiednio przeszkolono i zapoznano z autentykiem. Obserwacja „na żywo” zachowań prawdziwego działacza miała ułatwić dublerowi odgrywanie jego roli. Obaj panowie dowiedzieli się, że będą się wcielać w postać przywódcy naprzemiennie, stosownie do potrzeb chwili. Bierut-bis okazał się pojętny, choć do końca życia nie wyzbył się charakteru pisma wskazującego na to, że jego pierwszym alfabetem była rosyjska cyrylica.

NKWD myślała perspektywicznie: co, jeśli nasz wierny towarzysz „Tomasz” zachoruje i umrze albo zginie? Czy warto narażać się na jakieś wyskoki nieprzewidywalnych polskich komunistów? O zgrozo – nie! Lepiej mieć dwóch Bolesławów Bierutów…

MIŁOSNY CZWOROKĄT

W lipcu 1943 r. Bieruta przerzucono do okupowanej Polski, gdzie wszedł w skład Komitetu Centralnego PPR. Podobno był to ten fałszywy „Tomasz” – uznano, że w ciężkich warunkach okupacyjnych lepiej poradzi sobie dobrze przeszkolony agent.

Ówczesnemu liderowi PPR Pawłowi Finderowi przybysz z Moskwy się nie spodobał. Zbytnich problemów to jednak nie napytało, bo Finder wkrótce został zamordowany przez hitlerowców. Po zakończeniu wojny Bierut (czy może Bierutowie?)został prezydentem Polski opanowanej przez komunistów. Podziemie niepodległościowe kilkakrotnie próbowało go uśmiercić, dlatego sobowtór był przydatny. Partyjnych oficjeli szczególnie ekscytowała historia z lutego 1947 r. Według niepotwierdzonych oficjalnie doniesień w Hotelu Francuskim w Krakowie do Bieruta strzelał przebrany za oficera NKWD zamachowiec z podziemia. Hotel obiegła wieść, że prezydent zginął. Ciało ofiary gdzieś wyniesiono, a po paru minutach w holu pojawił się… Bierut cały i zdrowy! Zapewnił zszokowanych świadków wydarzenia, że nic mu się nie stało. Bezpieczniacy odbyli potem odpowiednie rozmowy ze świadkami, nakazując groźnie: ani pary z gęby! Relację na ten temat przekazał dopiero po wielu latach historykowi Dariuszowi Baliszewskiemu jeden z byłych ochroniarzy prezydenta.

Który zatem Bierut zginął w Krakowie? Wielu oficjeli utrzymywało, że przeżył ten fałszywy. Od tej chwili na stałe odgrywał już prezydenta. W pełni przejął też prywatne role prawdziwego Bieruta: męża Janiny Górzyńskiej-Bierut i kochanka towarzyszki Wandy Górskiej. Powikłania uczuciowo-seksualne między tą czwórką (dwoma Bierutami, Górzyńską i Górską) są dziś niemożliwe do odtworzenia, ale stanowiłyby z pewnością znakomity temat na psychothriller.

Bierut-bis tak się ponoć wcielił w rolę, że po jakimś czasie zapomniał, iż jest matrioszką! Takie przynajmniej wrażenie odnosili Grosz i Ochab. Sielanka potrwała do czasu. Po śmierci Stalina w Moskwie zaczął wiać wiatr zmian. Na początku 1956 r. Bierut pojechał do stolicy ZSRR na zjazd radzieckich komunistów. Nowy lider Nikita Chruszczow zdemaskował na nim zbrodnie stalinizmu. Bierut przeżył wstrząs. Wiedział, że jego czas dobiega końca, a zejście ze sceny może być nieprzyjemne… Dwa tygodnie po przemówieniu Chruszczowa ogłoszono, że polski przywódca zmarł. Jako przyczynę zgonu radzieccy lekarze podali coś „na pograniczu grypy i zapalenia płuc”.

W Polsce mało kto w to uwierzył i zaczęto snuć rozmaite teorie na temat śmierci tow. „Tomasza”. Jedni mówili, że popełnił samobójstwo, inni – że wykończyli go Rosjanie. Po przewiezieniu ciała do Warszawy pochowano je z pompą na Powązkach. Pełną pochwał mowę pogrzebową wygłosił tow. Ochab, w głębi duszy przekonany, że stoi nad grobem sobowtóra…

Czy dziś istnieje jeszcze szansa, by ustalić, ilu naprawdę było Bierutów? Na naszą prośbę Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu podjął próbę zbadania, czy zdjęcia przywódcy z różnych okresów pokazują tę samą osobę.

„Przeprowadziliśmy drobiazgową analizę fotografii, ale niestety, nie udało się rozwiązać zagadki. Zdjęcia z tamtego okresu są bardzo kiepskiej jakości, co uniemożliwia jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czy Bierut miał sobowtóra” – zakomunikował nam jeden z ekspertów dr Łukasz Szleszkowski.

Istnieje jeszcze jedna, choć znacznie trudniejsza metoda weryfikacji – badania DNA. Po ekshumacji ciała przywódcy z grobowca na Powązkach należałoby pobrać materiał genetyczny i porównać z DNA żyjących krewnych prawdziwego Bieruta. Na Zachodzie przeprowadza się już od jakiegoś czasu takie badania w przypadku wątpliwości dotyczących postaci historycznych. Kilka lat temu amerykańscy genetycy dowiedli na przykład, że wszystkie kobiety, które podawały się za cudem uratowaną córkę cara Mikołaja II, były oszustkami.

TAJEMNICA BLIZNY JARUZELSKIEGO

Możliwości, jakie dają testy DNA, nie znano jeszcze w 1990 r., kiedy świeżo upieczony solidarnościowy poseł Ryszard Kraszewski badał tajemniczą przeszłość gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Na ziemi puławskiej, którą od wieków zamieszkiwał szlachecki ród Jaruzelskich, krążyły opowieści, że generał to wcale nie prawdziwy Wojciech, tylko radziecki agent-sobowtór. „Ciekawe rzeczy opowiadał np. człowiek, który jako chłopak bawił się przed wojną z małym Wojtkiem – mówi dr Lech Kowalski. – Twierdził, że Wojtek upadł raz na jakąś maszynę i strasznie poharatał sobie prawe przedramię. Potem miał tam widoczną bliznę. Tymczasem znany nam Jaruzelski takowej blizny nie miał. Oczywiście takie opowieści nie stanowią żadnego dowodu”.

Rodzina Jaruzelskich została deportowana w głąb ZSRR w 1941 r. Nic nie wskazywało, by 18-letni Wojciech zapłonął nagłą sympatią do swoich prześladowców. Wręcz przeciwnie. Świadkowie relacjonowali, że stawiał się radzieckim władzom: opuścił wyznaczone mu miejsce zamieszkania, a potem odmówił przyjęcia tymczasowego zaświadczenia tożsamości. Wydawało się, że niedługo się doigra i źle skończy.

I właśnie tak było! – przekonywali mieszkańcy rodzinnych okolic Jaruzelskich. – NKWD zamordowało Wojciecha, podstawiając na jego miejsce sobowtóra. Matrioszkę skierowano następnie do armii Berlinga, gdzie złożyła przysięgę 11 listopada 1943 r. Fałszywy Jaruzelski był świetną wtyczką, bo Berlingowi i innym dowódcom przez myśl by nie przeszło, że może pracować dla NKWD. Ten szlachecki syn, patriota, niemający przed wojną nic wspólnego z komunizmem? No nie!

Posła Kraszewskiego tak intrygowała ta historia, że postanowił zapytać o nią wprost Jaruzelskiego, pełniącego wówczas funkcję prezydenta RP. I tak też zrobił, odwiedzając generała w Belwederze. Jaruzelski wcale się nie obruszył i zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań mających zweryfikować jego tożsamość. Kraszewski zaczął go wypytywać o szczegóły wyglądu dworu Jaruzelskich, alei, budynków w otoczeniu itd. Generał odpowiedział na wszystkie pytania. „No to bardzo dziękujemy. Ja jestem przekonany” – powiedział Kraszewski. Dodał, że zrelacjonuje rozmowę swoim wyborcom, zapewniając ich, że Jaruzelski jest prawdziwy. Jak obiecał, tak uczynił. Ale różne dziwne historie o dwóch Jaruzelskich nie przestały krążyć. I ludzie powtarzają je do dziś.

Wątek numer 2

Tak przynajmniej twierdzi bohater opowieści Henryka Skwarczyńskiego pt. „Zabiłem Piotra Jaroszewicza”. Każdy, kto czytał książkę Skwarczyńskiego zadać sobie musi pytanie: prawda to czy literacka fikcja? I zapewne, nawet gdy dotrze do ostatniej strony tej trzymającej w napięciu opowieści, wątpliwości tych do końca nie rozstrzygnie.

Książka to dialog autora z człowiekiem, który zaprosił go na spotkanie po to, by wyznać mu, że jest sprawcą zabójstwa Piotra Jaroszewicza oraz jego żony, do którego doszło w 1992 roku w domu Jaroszewiczów w Aninie. Domniemany zabójca to pracownik służb PRL-wskiej bezpieki, który, mówiąc delikatnie, był specjalistą od mokrej roboty. Bez ogródek stwierdza on, że zabójstwo zlecił gen. Wojciech Jaruzelski, a skłoniła go do tego wiedza jaką Jaroszewicz posiadał w kwestii agenturalnej działalności generała na rzecz Sowietów. Chodziło o dokumenty z sejfu byłego premiera z czasów PRL. Dziś, wiedza ta już jest znana i nie jest tajemnicą, że Jaruzelski, jako agent podległej Sowietom Informacji Wojskowej nosił kryptonim „Wolski”.

Rozmówca Henryka Skwarczyńskiego do końca pozostaje anonimowy, a ich spotkanie odbywa się w willi, gdzieś na bezdrożach Arizony. W opowieści tajemniczego byłego bezpieczniaka pojawia się wiele interesujących wątków opisujących okres tzw. transformacji ustrojowej, obrad okrągłego stołu itp. Dowiadujemy się, że w okresie, gdy szefem MSW był „solidarnościowy” minister z Krakowa, do Moskwy wyjeżdżały całe ciężarówki materiałów SB. Nie brakuje wątków dotyczących takich postaci, jak „Minim”, Kat”, „Olin”… Jest też o Peterze Voglu, kasjerze lewicy, który z niejakiego Filipczyńskiego – zabójcy pewnej staruszki, stał się Voglem – szanowanym bankowcem w Szwajcarii, dbającym o finanse byłej PZPR, lokowane w szwajcarskich bankach. Kilka dni temu, za sprawą zatrzymania Gromosława Czempińskiego, temat Vogla znów powrócił. Prawdopodobnie kasjer lewicy zaczyna sypać… Gdy po zatrzymaniu Cz. pytano o komentarz Leszka Millera, lider SLD miał nietęgą minę. Pewnie Vogel ma również wiedzę o tym, kim był „Minim”… Domniemany morderca Jaroszewiczów nie kryje swojego obrzydzenia, gdy mówi o dzieciach byłych komunistycznych dygnitarzy. Przyznaje, że dzieciom trudno odpowiadać za rodziców, niemniej żadne z nich, np. córka Jaruzelskiego, czy pewien redaktor, obecnie pracujący w telewizji (którego ojciec był wysoko postawionym pracownikiem wojskowej bezpieki), nie odcięli się nigdy od ich przeszłości, oraz od – co najważniejsze – majątków, jakie ci zdobyli dzięki grabieży i zbrodniczej działalności, a które to majątki stały się podstawą błyskotliwych karier dzieci komunistycznych zbrodniarzy.

Henryk Skwarczyński, sam pełen wątpliwości, już po napisaniu książki, w 2007 roku, złożył zawiadomienie do prokuratury, w którym napisał: „W październiku 2005 roku spotkałem się w Arizonie z człowiekiem utrzymującym, że z polecenia generała Wojciecha Jaruzelskiego zamordował byłego premiera PRL-u Piotra Jaroszewicza. W ręce prokuratury oddaję materiał (maszynopis książki zatytułowanej „Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza”), mogący stanowić podstawę do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Rozumiem, że zadaniem prokuratury będzie ustalenie wiarygodności tego materiału”. Choć od momentu złożenia pisma minęło kilka lat, z prokuratury do dziś nie nadeszła żadna odpowiedź. Nie słychać też, by tropem sprawy podążył jakiś „dziennikarz śledczy”. Podobnie zresztą, jak w sprawie Andrzeja Leppera…

Po książkę bez dwóch zdań warto sięgnąć. Niezależnie od tego, czy opisana w niej historia jest prawdziwa czy nie, na pewno daje ona dużą wiedzę na temat okresu końca komunizmu w Polsce, a także pokazuje czym w istocie jest tzw. III RP. Henryk Skwarczyński sam nie jest pewny tego, co kilka lat temu wysłuchał w Arizonie, ale gdy po jakimś czasie ponownie się tam udał, by raz jeszcze spotkać się z domniemanym sprawcą jednej z najgłośniejszych zbrodni III RP, nie było już po nim śladu. Willa co prawda była, ale domownicy już nie ci… Książka Skwarczyńskiego to świetny materiał na film, bądź teatr telewizji. Ale czy w obszarze naszej mocno skundlonej kultury znajdzie się choć jeden artysta, który będzie miał odwagę postawić cały wizerunek III RP na głowie?